Drożdżówki z owocami

Fajnie być Matką Liczba komentarzy: 0

Ostatnio oglądaliśmy z T. jeden z nowych programów kulinarnych w TV. Uczestnicy mieli wypiec ulubione bułeczki. Wtedy T. stwierdził, że też mogłabym takie zrobić bo on chętnie by zjadł. Nigdy nie robiłam ale pomyślałam, że czemu nie. Inspiracje znalazłam na Moje Wypieki.

Jak wiecie Młoda jest chora a biorąc pod uwagę, że jutro sobota postanowiłyśmy zrobić je dzisiaj bo będzie komu jutro jeść :)

Na 9 sztuk drożdżówek potrzebujemy:
2,5 szklanki mąki pszennej chlebowej
3/4 mleka letniego (u mnie było dość ciepłe)
4 łyżki cukru
1 jajko
1 żółtko
60g masła roztopionego
7g drożdży suchych

Kruszonka (wszystkie składniki rozcieramy w palcach)
1/2 szklanki mąki pszennej
60 g masła roztopionego
5 łyżek cukru 
1 opakowanie cukru waniliowego


Mąkę mieszamy z suchymi drożdżami po czym dodajemy resztę składników i wyrabiamy. Pod koniec wyrabiania dodajemy po mału tłuszcz - tak by dokładnie wmieszał się w ciasto. Ciasto wyrabiamy do momentu jak będzie miękkie i elastyczne. formujemy z niego kulę i wkładamy do oprószonej mąką miski. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy na minimum 1,5 godziny w ciepłe miejsce tak by ciasto podwoiło swoją objętość. U mnie stało pod przykryciem 2h.

Po tym czasie ponownie krótko zagniatamy ciasto i dzielimy na 9 bułeczek. Bułeczki odkładamy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i przykrywamy ściereczką na kolejne 45 minut- do podwojenia objętości. Pamiętajcie, że nie można ułożyć ich zbyt blisko siebie bo znacząco urosną. 

Gdy bułeczki podwoją swoją objętość robimy wgłębienie dnem szklanki. Szklankę dociskamy dość mocno, tak by ciasto było cienkie. Następnie w zagłębienie wsypujemy pół łyżeczki bułki tartej i układamy owoce. W oryginalnym przepisie były truskawki. Ja dzisiaj zrobiłam ze śliwką i borówką. Prawdę mówiąc nadzienie jest dowolne - to z czym lubicie:) Tak przygotowane bułeczki smarujemy jajkiem roztrzepanym z mlekiem i posypujemy kruszonką. 

Pieczemy w 190 stopniach przez 20 minut.
Smacznego!

A.

0 komentarze:

Kruszynka kończy ROK!

Fajnie być Matką Liczba komentarzy: 0

14 września 2003 roku Cezary Zamana wygrał 60. Tour de Pologne i tak wygraną jak on czułam się ja, rok temu. 14 września 2015 roku o godzinie 19:15 przyszła na świat Kruszynka! Dzisiaj świętujemy jej ROCZEK!

Strasznie szybko minął mi ten roku. Dopiero co pamiętam chodziłam z ciążowym brzuchem a teraz już Kruszynka jest z nami rok. Zawsze wszystkim powtarzam, żeby robili jak najwięcej zdjęć bo dziecko zmienia się niesamowicie a czas leci nieubłaganie szybko. Dzisiaj jak sobie przeglądam te zdjęcia zaraz po narodzinach to nie mogę uwierzyć, że była taka malutka. Mimo, że dziewczynki urodzone zostały rok po roku i dla mnie to był trudny, wyczerpujący czas, to nie żałuję. Widzę jak teraz świetnie się ze sobą dogadują i jak bardzo charakterem różnią się od siebie. Cudownie jest patrzeć, że każda z nich jest inna, na swój sposób jest sobą. Kiedyś myślałam, że tylko Młoda ma mój charakter jednak ostatnie tygodnie pokazują, że Kruszynka również to po mnie odziedziczyła. I wiecie co? To wcale nie są dobre cechy :) A już myślałam, że będzie takim złotym człowiekiem jak T. a tu taka niespodzianka :)


Czas z dwójką małych dzieci mija bardzo szybko. Mam wrażenie, że ten rok Kruszynki minął mi szybciej niż jak Młoda była mała. Obiektywnie muszę stwierdzić, że na pewno dzielenie uwagi na obie dziewczynki sprawiło, że ten czas prześliznął mi się przez palce. Mimo, że był ciężki bo jednak obie malutkie to jednak dający wiele satysfakcji. I na samą myśl wspomnień porodu, chodzenia z ciążowym brzuszkiem, łzy same napływają do oczu. A jak pomyślę, że pani położna poprosiła bym trzy razy kaszlnęła, raz poparła i Kruszynka była z Nami, to uśmiech nie schodzi mi z ust. Przez ten rok nauczyłam się jeszcze więcej cierpliwości, lepszej organizacji oraz cieszenia się z drobnych rzeczy czy sytuacji jak pierwsze uśmiechy, kąpiele, pierwsze kroki, pierwsze słowa. Już się nie mogę doczekać naszych pierwszych wypieków, wspólnie spędzonych chwil Matki z córką. Tylko ja i Kruszynka!

Nie wyobrażam sobie teraz życia bez Kruszynki! przeszliśmy przez ząbkowanie, były nieprzespane nocy ale też byliśmy na pięknych wakacjach na Cyprze, nad polskim morzem, na mazurach... Przejdziemy przez bunty dwulatka, czterolatka. Będą kłótnie z nastolatką aż finalnie oddamy ją w ręce jej wybranka serca. Wiem, że to jeszcze daleko przed nami ale czas nieubłaganie szybko leci i zanim się obejrzymy będziemy dziadkami.

Ten czas z dzieckiem jest piękny. Myślę, że jeden z piękniejszych w naszym życiu. Celebrujcie go i nawet gdy coś nie wychodzi albo nie idzie po waszej myśli to się nie poddawajcie bo i tak jesteście najlepszymi rodzicami! Każdy z nas się uczy i nie ma co się wstydzić porażek czy proszenia o pomoc!

Miłego dnia!
A.

0 komentarze:

Pierwsze dni w żłobku

Fajnie być Matką Liczba komentarzy: 0

Jak pewnie zauważyliście, temat żłobka towarzyszy nam od maja. Długo zbierałam się by coś o tym napisać. Były emocje i nerwy. W tygodniu przed pójściem do żłobka Młoda dostała temperatury i już trzy dni przed 1 września, spała z nami w nocy. Ogólnie w dzień nie wykazywała by się denerwowała czy, że nie chciałaby pójść. Jednak w nocy była niespokojna.

Nadszedł 1 września...

Dla mnie to wielkie wydarzenie. Zdecydowałam się, że moje dziecko pójdzie do żłobka i będzie pod opieką nieznanych mi osób. Bałam się bardzo. Pierwsze dni zapowiadały wielką niepewność jak to będzie. Nie chcieliśmy by chodziła tam, bo jej karzemy a dlatego, że bardzo jej się podoba. Borykałam się z myślami czy nie robię jej krzywdy, czy to na pewno dobry pomysł? Zastanawiałam się, czy cztery dni adaptacji wystarczą, by się zaaklimatyzowała? Pytań było wiele.

Stwierdziliśmy, że te cztery dni podzielimy między sobą. Pierwszego dnia Młoda poszła ze mną, drugiego z T. Pierwsze dni spędziliśmy z nią na sali, czasem wychodząc na korytarz by jednak została sama. Kolejne dwa dni adaptacji były bardzo podobne. Tłumacząc jej, że jesteśmy na korytarzu, bez problemu dała się wprowadzić na salę zabaw w żłobku i zupełnie się na nas nie oglądała.



I wiecie co?

Moje obawy były totalnie niepotrzebne. Teraz mamy taki „problem”, że gdy idę po Młodą do żłobka o 15:30 jest awantura, że ona musi iść do domu. Śmiejemy się z T., że on miał być tym złym co ją zaprowadza a ja tą dobrą co ją odbiera. A wychodzi na to, że ja jestem ta zła bo zabieram ją do domu :) Panie i całe otoczenie w żłobku jest cudowne. Gdy okazało się, że dostaliśmy się do żłobka drugiego wyboru nie byłam zadowolona, wręcz trochę zaniepokojona. Gdy przeczytałam opinie, byłam pewna, że chyba ktoś nad nami czuwa, że tak nam się poszczęściło. I tak jak czytałam, że to żłobek, z którego dzieci nie chcą wychodzić do domu, tak sama odczuwam to na własnej skórze. Bardzo się cieszę, że adaptacja poszła nam tak dobrze a Młoda czuje się tam aż tak rewelacyjnie.
Przez te kilka dni stała się taka "dorosła". Mówi więcej, zachowuje się grzecznie, nie szarpiemy się przy jedzeniu a siadamy do stołu i je zupę. Bez gadania! :) Aż strach pomyśleć jak to będzie dalej jak teraz jest tak dobrze.

A jak ja?

Czuję się dziwnie gdy Młodej nie ma w domu. Wiem, że to takie przygotowanie przed powrotem do pracy, ale jednak czuję się nieswojo. W domu zostałam z Kruszynką. Mogę jej poświęcić 100% swojego czasu co jest dla mnie bardzo ważne. Jednak wiecie co? Tęsknię za tym moim małym diabełkiem, jest cicho, spokojnie. I nie boję się przyznać – tak! Jest cudownie! Mimo tego, że za nią bardzo tęsknię to jest cudownie pójść do sklepu i nie musieć jej pilnować! Cudownie jest w spokoju zjeść śniadanie i wypić ciepłą kawę! Cudownie jest mieć dużo czasu w ciągu dnia! I cudownie patrzeć jak Kruszynka rośnie i widzieć każdy szczegół!

Trzymajcie kciuki by Młoda dalej tak chętnie wybywała z domu by posiedzieć z ciociami w żłobku!

Miłego dnia!
A.

0 komentarze:

Piękny ślub

Fajnie być Matką Liczba komentarzy: 0

Oj bardzo dawno mnie nie było. Ostatnio tyle się dzieje, że mimo, że zaplanuje pisanie na bloga czy robienie zdjęć to niestety zawsze coś wypadnie. Wakacje jedne, drugie, wyprawka do żłobka, pierwsze dni w żłobku i.... ślub. W ubiegłym tygodniu byliśmy na jednym z piękniejszych ślubów na jakim byłam w ostatnim czasie. Postanowiłam, że krótko ale muszę o tym napisać bo niekonwencjonalnie nie zawsze znaczy źle czy gorzej jakby się mogło niektórym wydawać.

Jeden z piękniejszych ślubów na jakim byłam. Z J. poznaliśmy się jak T. studiował. Na samym początku byłam nawet o nią zazdrosna, bo nie dość, że ładna, inteligentna to jeszcze w typie T. Starałam się do niej nie uprzedzać bo w męskim towarzystwie, w którym była na studiach, traktowana była przez chłopaków jako świetna kumpela. Gdy poznałam J. bliżej wiedziałam, że będzie i moją dobrą koleżanką. Od razu się dogadałyśmy. Pamiętam jak na trzydziestych urodzinach J. rozmawiałyśmy o rodzinie, małżeństwie i dzieciach. Ja byłam wtedy w 6 miesiącu ciąży z Młodą a J. świeżo po rozstaniu.



2 września 2016r. J. wzięła ślub ze swoją miłością życia - L. I wiecie co? Jak to na J. przystało było bardzo niekonwencjonalnie, uroczo i z klasą. Po prostu pięknie. I mimo, że Panna Młoda w ciąży to nie znaczy, że wyglądała ociężale. Gdy podjechaliśmy pod kościół ujrzeliśmy przybrany weselnie terenowy samochód Państwa Młodych, co nie zdziwiło Nas bo to ich pasja i wspólna miłość. Panna Młoda z brzuszkiem w pięknej krótkiej sukience, Pan Młody wyglądający świetnie w kolorowej muszce. W kościele zamiast kobiety świadkowej i mężczyzny świadka powitali Nas dwaj świadkowie - brat J. i brat L. Bardzo mi się spodobało, że wybrali osoby bliskie swojemu sercu, a nie bo tak nakazuje tradycja, kogoś na siłę. Kazanie w wykonaniu księdza zapamiętam na długo, bo porównanie miłości do róży i jej płatków jest niesamowicie trafne i można interpretować na wiele sposobów. Samo wesele było świetne. Miejsce bardzo romantyczne, otoczone pięknymi latarenkami, lampionami, małymi mostkami nad wodą. Mimo, że nie było orkiestry a był DJ to nie zabrakło disco polo, bez którego wiele osób nie wyobraża sobie wesela. Była budka do robienia zdjęć, film z podziękowaniem dla rodziców, nakręcony przez Państwa Młodych oraz dziewczyny tańczące taniec brzucha, który tak bardzo kojarzy mi się z J. i jestem pewna, że gdyby mogła to sama by z nimi zatańczyła:) 

Po tym pięknym dniu i nocy, mam taką refleksję, że będąc w ciąży można wyglądać na własnym ślubie pięknie, kobieco i elegancko. Można mieć szpilki 10 centymetrowe w kościele i bawić się w balerinach do białego rana. Tańczyć, śpiewać, rozmawiać i cieszyć się nie tylko błogosławionym stanem ale i obecnością ważnych w tym dniu ludzi. To właśnie J. pokazuje mi, że będąc Matką, nie rezygnuje się ze swoich marzeń i pragnień. Będąc Matką można normalnie funkcjonować!

J. i L. jeszcze raz wszystkiego najlepszego! Dziękujemy, że mogliśmy być z Wami w tym pięknym dniu! Mam nadzieję, że nasza znajomość nigdy się nie skończy!

Miłego dnia!
A.

0 komentarze: