Tata na porodówce

Fajnie być Matką Liczba komentarzy: 0

Pamiętam jak byłam w pierwszej ciąży to zastanawialiśmy się nad tym czy będziemy rodzić razem czy nie. Nigdy T. nie zmuszałam do tego by mi towarzyszył. Spotkałam się bowiem z dwiema opiniami. Jedna mówi, że kobieta nie chce by mężczyzna towarzyszył jej w tym momencie bo jest nieatrakcyjna, obolała i nic nie może z tym zrobić. Przez to, boi się, że stanie się dla niego nieatrakcyjna i sprawi, że zabije erotyczną część związku. Druga opinia mówi o tym, że fajnie jak mężczyzna jest z Tobą w czasie porodu bo wspiera Cię w całej bardzo trudnej sytuacji przez co pomaga przejść przez ten moment nieco lżej. Szukając odpowiedzi na ten temat znalazłam ciekawy artykuł, który bardzo poszerzył moją wiedzę: http://www.sosrodzice.pl/tata-porodowce/

Jak jest u Nas?

Stwierdzam, że my nie łapiemy się do żadnej z wyżej wymienionych opinii. Pamiętam jak mówiłam T., że jak będzie chciał mi towarzyszyć to fajnie, jak nie to nie będę go do niczego zmuszać. Suma sumarum był ze mną przy porodzie. Bardzo mnie to cieszyło i z perspektywy czasu uważam, że to była najlepsza decyzja jaką mogliśmy wspólnie podjąć. T. nie jest osobą, która przeżywa wszystko tak emocjonalnie jak ja. Przecięcie pępowiny było dla niego czymś normalnym, nie ekscytował się. Jednak to, że był ze mną przy porodzie sprawiło, że zupełnie inaczej spojrzał na mnie jak na kobietę. Dopiero będąc przy mnie, zdał sobie sprawę, że mimo, że strasznie mnie boli, nie może w żaden sposób mi pomóc. Może jedynie lub aż pomasować mi plecy, potrzymać mnie za rękę czy pooddychać ze mną. Do dziś T. powtarza mi, że nie zdawał sobie sprawy, że poród jest tak ciężki. Nie zdawał sobie sprawy, że dla kobiety to tyle wyrzeczeń, tyle poświęceń i takie męczące. Największą nagrodą było dla mnie, gdy powiedział mi, że jest ze mnie dumny, że super sobie poradziłam i że przede wszystkim nabrał do mnie zupełnie innego szacunku jako do kobiety. Jak sam przyznał on by nie dał rady - w połowie by powiedział, że go boli i on jutro przyjdzie:) Bardzo to fajne, że facet docenia Cię i widzi jak wielkim wysiłkiem jest urodzenie dziecka.


Wiecie co jest najśmieszniejsze w tej całej sytuacji? T. dodatkowo znalazł jeszcze jedno zadanie jeśli chodzi o obecność na porodówce: był tak zabawny i mnie rozśmieszał, że zapominałam czasem o bólu. Do dziś śmiejemy się z tego jak rodziłam Kruszynkę i byłam w najtrudniejszej fazie bólu, gdy jeszcze chwilę musiałam pocierpieć by dostać znieczulenie T. wypowiedział jedno zdanie, które zapamiętam do końca życia. Patrząc na monitor ktg powiedział: "ooooo w skali na 10 masz teraz 8. Boli Cię?:)" Czasem ręce opadają na tych naszych facetów, jednak powiem Wam, że strasznie mnie rozbawia to jego poczucie humoru. Może dlatego, że moje poczucie humoru jest bardzo podobne :) I w tej całej stresującej sytuacji jaką jest poród bardzo mi to pomogło.

Czasem obecność mężczyzny w czasie porodu jest krępująca. Pamiętam jak mówiłam "tylko mi tam nie zaglądaj". Ale w czasie gdy mnie tak strasznie bolało, nie zwracałam na nic uwagi. Ważne było, by był ze mną i wspierał mnie bo wtedy gdy czuję, że nie jestem sama, łatwiej przechodzę przez ciężkie sytuacje. A nawet jak nie macie możliwości rodzić razem, bo czasem macie skierowanie na cesarkę czy poród posuwa się w stronę, że cesarka jest nieunikniona, jestem pewna, że widząc Was, Wasz ból po porodzie jest pełen podziwu i szacunku dla Was.

Czekam na Wasze opinie. U Was też facet był przy porodzie? A może nie był? To czy jak nie był , to jakoś zmienił się jego pogląd na sprawę porodu i dziecka? Piszcie!

Miłego dnia!
A.

0 komentarze:

Zupa dyniowa z salsą mango

Fajnie być Matką Liczba komentarzy: 1

Na samym początku przepis wydał mi się skrajnie dziwny. Mango i dynia? Stwierdziłam, że zaryzykuje bo moi urodzinowi goście zapewne będą szczerzy :) wszystkim smakowało dlatego wrzucam bo sama uważam ten przepis za rewelacyjny!

Potrzebujemy:
1 dynię 
2 łyżki oliwy z oliwek
2 średnie cebule
5 ząbków czosnku
6 cm imbiru
1 łyżeczka papryczki ostrej w proszku
1 łyżeczka kurkumy w proszku
400 ml mleka kokosowego


Dynie obieramy ze skóry i kroimy w kostkę. 
Pokrojoną cebulę wrzucamy do garnka i podsmażamy na oliwie do momentu aż się nie zeszkli. Następnie dodajemy pokrojony imbir, czosnek i dynię. Podsmażamy około 6-8 minut. Następnie zalewamy wodą tak by przykryło wszystkie warzywa. Możecie użyć bulionu warzywnego wtedy zupa będzie bardziej esencjonalna. Gotujemy pod przykryciem do momentu aż dynia będzie miękka. Po tym czasie zestawiamy zupę z gazu i miksujemy blenderem. Na koniec dodajemy mleko kokosowe, kurkumę ostrą papryczkę i doprawiamy solą i pieprzem.

Zupę serwujemy z salsą mango na środku. 
Do jej zrobienia potrzebujemy:
1 mango dojrzałe
1 papryczka peperoni bez pestek
sok z 1 limonki
2 łyżki syropu klonowego
1 łyżeczka oliwy
2 łyżki posiekanej kolendry


Mango dokładnie kroimy w małą kostkę. Dodajemy pokrojoną drobno papryczkę peperoni i kolendrę. Wszystko zalewamy syropem klonowym i sokiem z limonki. Podajemy układając kopczyk z salsy na środku talerza.

Smacznego!
A.

1 komentarze:

Domowy tort urodzinowy

Fajnie być Matką Liczba komentarzy: 2

W tym roku zaparłam się i bardzo dużo rzeczy czy to jedzeniowych czy dekoracyjnych zrobiłam na urodziny Młodej samodzielnie. Satysfakcja gwarantowana :) Jak widzę jaka jest szczęśliwa i uśmiechnięta z tego powodu to od razu cały trud jest mi zrekompensowany.

W tym roku samodzielnie robiłam tort. Sam przepis na tort znajdziecie tutaj: http://www.fajniebycmatka.pl/2015/10/teczowy-tort-nie-tylko-dla-dzieci.html

Po upieczeniu i przełożeniu tortu możemy go samodzielnie przyozdobić. Możecie przyozdobić go albo tak jak w przepisie powyżej albo tak jak macie poniżej. 

Tort przekładamy kremem jednak wierz pozostawiamy bez kremu. Aby lukier się trzymał musimy tort posmarować z wierzchu kremem maślanym i wstawić na minimum 3 godziny do lodówki a najlepiej na całą noc.



Krem maślany (na pokrycie tortu o średnicy 21-23 cm) 
125 g masła w temperaturze pokojowej 
430-450 g cukru pudru 
1 łyżka gorącej wody 

Tort smarujemy z każdej strony. Aby wygładzić boki tortu, moczymy w gorącej wodzie nóż i wygładzamy tort bokiem noża. Tak przygotowany na nałożenie lukru tort, wkładamy do lodówki do schłodzenia.  Po schłodzeniu tort lukrujemy według uznania. 

Kilka pomocnych rad:
* lukier można kupić w sieci, wystarczy poszukać i znajdziecie całą gamę interesujących Was kolorów. Fakt cieżko znaleźć kolory pastelowe, których ja użyłam ale jak się poszuka to się znajdzie.
*  na tort o średnicy około 23 cm potrzebujemy około 500 g lukru
* lukier rozwałkowujemy maksymalnie jak się da, najlepiej by miał 0,5 cm grubości. Rozwałkowany   lukier nawijamy na wałek a potem rozwijamy z wałka na tort. W ten sposób lukier nie porwie się.
*  gdy lukier za bardzo się klei podsypujemy go minimalną ilością cukru pudru, nigdy mąką.
* inspiracji na tort możecie poszukać na https://pl.pinterest.com, napewno znajdziecie coś, co wy sami dacie radę zrobić
* figurkę na tort czy napis w postaci liter możecie kupić w sieci, podobnie jak inne dekoracje tortowe
* biszkopty możecie upiec wcześniej i zafoliować je, będą trzymały świeżość nawet do trzech dni.

Powodzenia w pieczeniu!
Gdybyście chcieli coś jeszcze podpytać to piszcie! Maila znajdziecie w zakładce "O mnie".

Miłego dnia!
A.

2 komentarze:

Dziecko w chorobie

Fajnie być Matką Liczba komentarzy: 3

Przez ostatnie dwa tygodnie zmagamy się z ogromnym katarem. Młoda jest już praktycznie zdrowa jednak Kruszynka przez wzgląd na wiek, radzi sobie nieco gorzej. Jej "wychodzenie" z choroby trwa nieco dłużej. Zanim choroba się rozwinęła i trzeba było iść do lekarza, zastanawiałam się czy możemy wychodzić na spacer czy nie. Znalazłam bardzo pomocny mi w tym artykuł, którą treść potwierdził potem lekarz. http://www.sosrodzice.pl/czy-z-chorym-dzieckiem-mozna-isc-na-spacer/

Zawsze temat chorych dzieci wydaje mi się kontrowersyjny. I pod względem wypowiadania się i zachowywania. Nie jestem zwolennikiem bycia "ciocią dobrą radą", bo sama nie lubię jak ktoś mi się wtrąca, aczkolwiek przyjmuję każdą krytykę i podpowiedź. Obserwuję jednak tendencję dwóch strategii. Rodzice dzieci albo przeginają w stronę nadopiekuńczości albo w stronę bezmyślności. Rodzice nadopiekuńczy chuchają na swoje dziecko, podają leki na wyrost czy nie wychodzą przy najmniejszym katarze z domu. Ci którzy są skrajnie nieodpowiedzialni przychodzą ze swoim dzieckiem do innych dzieci tłumacząc, że skoro bierze już antybiotyk to nie zaraża lub też gdy kaszle czy ma gorączkę samemu leczą wysyłając jednocześnie do przedszkola. 


Ja nie mówię, że jestem idealną matką ale nie trzeba być wielkim filozofem by widzieć, że zachowania powyżej przeze mnie opisane są niewłaściwe. Skoro dajesz dziecku leki przeciwgorączkowe non stop bo może będzie zaraz chore, to nie bądź zdziwiony, że w momencie choroby te leki nie działają bo dziecko najnormalniej w świecie uodporniło się na nie. Jeśli Twoje dziecko dostało antybiotyk od lekarza to zamiast łazić po ludziach i ich zarażać, zostań w domu i daj się dziecku wyleżeć. A jeśli Twoje dziecko kaszle to nie czekaj aż się rozwinie infekcja do zapalenia płuc, tylko idź z nim do lekarza. 

Przepraszam Was, że dzisiaj tak ostro, jednak nie jestem w stanie ostatnio pohamować emocji w tym temacie. A zachowanie niektórych rodziców sprawia, że opadają mi ręce. Nie mówię, że jestem idealną matką, bo nigdy jakoś nie chuchałam na swoje dzieci. Moje mama się śmieje, że u Nas jest „zimny chów” i w sumie się z nią z tym stwierdzeniem zgodzę. Nigdy nie przegrzewałam dziewczynek a nie bieganie do lekarza z każdym katarem jest dla mnie typowe. Jednak gdy do ostatniego kataru doszedł kaszel i to bardzo niepokojący kaszel od razu poszłam do lekarza. Okazało się, że Młoda przez ostry katar dostała kaszlu. Robiliśmy wszystko co się da aby Kruszynka się nie zaraziła bo wiadomo z takim maluszkiem ciężej się to przechodzi. Niestety nie udało się i Kruszynka została zarażona. Staram się nie panikować i nastawić pozytywnie w takich przypadkach. W poniedziałek poszliśmy do lekarza i decyzją Pani doktor mieliśmy wrócić na kontrolę w środę by zdecydować czy dostaniemy antybiotyk czy nie. Stosowałam się do zaleceń lekarza, w tym również do spacerów. Na spacerze ewidentnie Kruszynka była najbardziej zadowolona bo nos jej się odtykał od nadmiaru kataru. Udało się. Obyło się bez antybiotyku lecz doleczamy się w domu. Pierwszym pytaniem mojej mamy na informację, że dziewczynki są chore a dokładniej Kruszynka, brzmiało: „Kiedy przywieziesz mi Młodą? Dobrze żeby się wykurowała do końca i nie zaraziła od Kruszynki” ja bez zastanowienia odmówiłam. Wiecie czemu? I co za każdym razem jak któraś z nich będzie chora, będę wywoziła je do rodziców? A co będzie jak Młoda pójdzie do żłobka? Wtedy na pewno nie poradzimy sobie z zarazkami od innych dzieci. Wychodzę z założenia, że jak teraz złapie trochę zarazków to nic jej się nie stanie. Jak się nie zarazi to super. Jak się zarazi to będziemy sobie radzić. I suma summarum wyszło bardzo fajnie bo Młoda wyleczyła się i dzisiaj jest praktycznie zdrowa. Wiem, może mieliśmy dużo szczęścia ale nie wyobrażam sobie by wywozić dziecko za każdym razem jak ktoś z Nas będzie chory. Wydaje mi się, że podchodzenie w ten sposób do sprawy nie jest bardzo złe. Młoda skończyła w marcu dwa lata. Ani razu nam nie chorowała. Tak wiem jak to brzmi i może jest niewiarygodne ale tak właśnie jest. Jedyną chorobą przez nią przebytą było zapalenie spojówek, które okazało się uczuleniem na słońce. Sam lekarz był zaskoczony i musiałam trzy razy powtarzać, że przyszłam bo nie wiedziałam co mam zrobić, bo kaszle a nigdy nie chorowała. 

Myślę, że jako rodzice sami uczymy się tego, jak być dobrym rodzicem. Jakim rodzicem byśmy nie byli to dla Naszych dzieci będziemy najlepszymi rodzicami pod słońcem. Nikt nie da im tyle miłości co my. Tylko czasem z tej miłości spójrzmy na niektóre rzeczy chłodno i nie róbmy dziecku krzywdy a zadbajmy o jego zdrowie. 

A.

3 komentarze:

Męska pomocna dłoń przy opiece nad dzieckiem

Fajnie być Matką Liczba komentarzy: 1

Zawsze mnie bawiło jak jeszcze nie było z Nami Kruszynki, że wychodząc T. nic sam nie zapakował do torby z rzeczy Młodej. Zawsze padało pytanie: "Smoczek spakowałaś? Pieluchy wzięłaś?". Potem gdy okazywało się, że czegoś zapomniałam najczęściej padało "No jak to nie wzięłaś tego?" Na samym początku strasznie mnie to bawiło, jednak z czasem doprowadza do szewskiej pasji. Teraz odpowiadam po chamsku "A ty smoczek wziąłeś?". 

Zastanawiałam się czy to moja zrzędliwość i czepliwość czy faktycznie z tymi Naszymi facetami jest coś nie tak? Rozumiem, że kobieta w momencie narodzin dziecka, pobudza w sobie matczyny instynkt, a facet jest gdzieś tam z boku. Jednak bez przesady przecież to ludzie myślący i jakiś wielkich rzeczy od nich nie wymagamy. Szukając ostatnio ratunku w tym temacie natrafiłam na bardzo ciekawy artykuł. http://www.sosrodzice.pl/5-sposobow-skutecznie-zniechecic-mezczyzne-pomocy-przy-dziecku-antyporadnik/


Najczęściej spotykam się ze stwierdzeniem, że ojciec dziecka nie pomaga przy dzieciach. Często dziewczyny mówią, że śpi w weekend do 12, czy że nie wie co dziecko lubi lub kiedy i co powinno zjeść. Po przeczytaniu tego artykułu i po obserwacji otoczenia stwierdzam, że mamy to na własne życzenie. Skoro dajesz spać do 12:00 to nie dziw się, że do tej pory śpi. U nas od samego początku, gdy tylko pojawiły się dzieci, zostało ustalone, że w momencie gdy T. wraca z pracy w tygodniu od razu zajmuje się dziećmi. W weekend również. Ja nie wstaje rano, nie zajmuje się dziećmi. Ktoś powie, że przecież on jest zmęczony bo pracuje w tygodniu ale czy ja jestem wypoczęta? Czy ja również nie jestem zmęczona? Praca zawodowa i praca w domu moim zdaniem jest porównywalna. Czasem jestem tak zmęczona i dziewczynki są tak absorbujące, że odliczam minuty jak T. wróci z pracy. Nawet jak pyta czy coś kupić to od razu mówię „nie nie nie wracaj jak najszybciej do domu”. Ten podział opieki nad dziewczynkami nie jest u Nas spowodowany jedynie moim zmęczeniem fizycznym i psychicznym. Jest to też spowodowane tym, by on jako ojciec również miał z nimi więź i to dużą. W tygodniu jest w domu wieczorami gdy one są już zmęczone a czasu przed położeniem ich spać jest mało. Dlatego powiedzieliśmy sobie, że w weekend będzie spędzał z nimi jak najwięcej czasu.


Ostatnio strasznie się wściekam, bo o co nie poproszę T. jeśli chodzi o dziewczynki to nie jest zrobione. Ma do zrobienia dwie rzeczy nakarmienie i wyjście na spacer lub zrobienie inhalacji i zakroplenie kropli to okazuje się, że zrobienie dwóch rzeczy graniczy z cudem. Wściekam się i dostaje białej gorączki, że to typowy facet, który nawet nie potrafi zrobić dwóch najprostszych rzeczy. Po przeczytaniu tego artykuły, którego link wrzuciłam Wam wyżej, mam pewną refleksję. Wściekam się na T., gdzie sama jestem sobie trochę winna. Owszem zajmuje się dziećmi w weekend czy wieczorami ale faktycznie za mało pozwalam mu robić tego typu rzeczy. Gdyby robił to częściej to pewnie by wiedział. Ja przy dzieciach nauczyłam się robić kilkanaście rzeczy na raz i stałam się bardziej zorganizowana. I teraz jak piszę ten artykuł to zdałam sobie sprawę, że pada u Nas stwierdzenie "Dobra daj sama to zrobię, bo będzie szybciej". A potem jestem wielce zdziwiona, że coś nie zostało zrobione. Skoro sama nie daje T. szansy by zrobił to w swoim tempie po swojemu, to nie mam prawa się wściekać. T. jest super tatą i bardzo mi pomaga. Myślę, że ten rygor jaki wprowadziłam z jego obowiązkiem opieki nad dziećmi w weekend, jest dla niego przyjemnością i naturalną rzeczą. Codziennie wychodząc do pracy mówi mi "Strasznie Ci zazdroszczę, że z nimi siedzisz cały dzień. One są takie super".

Dobra rada dla Nas Matek: Dajcie facetom opiekować się dziećmi po swojemu. Jak zrobią coś inaczej niż my to nic w tym złego. Jak robią błędy – to niech je robią, w końcu my też uczyłyśmy się opieki nad dziećmi, na własnych błędach.


Miłego dnia!
A.

1 komentarze:

Telefon w życiu rodzica

Fajnie być Matką Liczba komentarzy: 0

Ten temat od dawna zaprząta mi głowę. 
Pamiętam jak Młoda była jeszcze w brzuchu, rozmawialiśmy z T. o tym, że nie chcemy byśmy byli postrzegani przez swoje dziecko w kategorii rodzica, który całymi godzinami siedzi przed telewizorem. Pamiętam jak T. mówił, że woli dziecku kojarzyć się z książką w ręku niż być człowiekiem, który cały czas spędza przed telewizorem. Przestawiliśmy zatem kanapę, co sprawiło, że oglądanie telewizji ograniczyło się do minimum ponieważ kanapa stoi tak, że ciężko cokolwiek oglądać. Przez bardzo długi czas jak Młoda była malutka, telewizor był wyłączony. Nie tylko ze względu na zbyt dużą ilość bodźców, nie tylko z powodu tego, że naszym zdaniem takie malutkie dziecko nie powinno oglądać telewizji bo przecież prócz przeskakujących plam nic nie widzi. Często telewizor jest powodem tego, że dziecko nie może zasnąć czy budzi się z krzykiem w nocy.

U Nas telewizor jest wyłączony bo właśnie jako rodzice nie chcemy być z nim kojarzeni.

Zawsze uważałam, że gapienie się w telewizor jest bezsensowne - zwłaszcza jak widzą to dzieci. Po co gapić się bezmyślnie w telewizor skoro można spędzić ten czas z dzieckiem. Nie myślcie, że u nas telewizor wcale nie jest włączony bo tak nie jest. Ja w dzień mam tyle rzeczy do zrobienia czy po prostu dziewczynki mi tak zajmują głowę, że nie mam czasu na oglądanie czegokolwiek. Najczęściej telewizor jest włączony wieczorem lub w weekend. W weekend tradycyjnie do śniadania oglądamy bajki - taka tradycja zanim jeszcze dziewczynki były w naszym życiu. Pamiętam, jak mówiliśmy naszym rodzicom, żeby wyłączyli telewizor u siebie czy, że u siebie go nie włączymy na ich prośbę. Śmieli się wtedy, że nasze dzieci nie będą wiedziały co to jest telewizor. Nie jestem totalnym przeciwnikiem, jednak uważam, że wszystko jest dopuszczalne ale gdy jest wyważone.

Zauważyłam też, że takim pochłaniaczem czasu jest komputer i telefon. Nie fajnie gdy dziecko mówi Ci "Mamo odłóż telefon, pobaw się ze mną". Wtedy zaczynasz się zastanawiać, kiedy aż tak bardzo zatraciłaś się w tym wszystkim? Kiedy telefon stał się tak widoczny dla Twoich dzieci?

Znalazłam ostatnio artykuł, niejako powiązany z tym tematem: 
Poczytajcie i sami wyciągnijcie wnioski. Może malutkie dzieci nie zwrócą nam uwagi ale zaszczepimy w nich wzorzec, że rodzic z telefonem w ręku to standard danego domu. Dzieci starsze wypowiedzą zdanie, które napisałam powyżej. Mówi się, że żyjemy w takich czasach, i że chcąc czy nie chcąc dziecko będzie bawiło się telefonem, tabletem czy komputerem. Będzie siedziało przed telewizorem. U nas również tak jest ale wszystko jest bardzo wyważone. Młoda nie ma stałego dostępu do telewizora czy tabletu. Bez bicia przyznaję się, że siada z tabletem bym mogła spokojnie zjeść śniadanie czy wypić kawę. Nie boję się do tego przyznać i nie uważam bym była wyrodną matką. Czasem musimy sobie w ten sposób radzić. Jeśli nie jest to notoryczne to nie uważam, by było to coś złego.


Zastanawiacie się pewnie jak sobie z tym radzę jak prowadzę bloga? Jest ciężko. Artykuły często piszę wieczorem lub w każdej wolnej chwili jak dziewczynki śpią lub gdy są na spacerze z moją mamą. Pewnie można by to było robić w czasie kiedy samodzielnie się bawią czy po prostu rzucić to w diabły i wieczorem odpocząć. Dla mnie blog to odskocznia, gdzie mogę niejako porozmawiać i nie zwariować siedząc w domu a siedzę już ponad dwa lata.

Zachęcam Was by raz na jakiś czas zrobić sobie odpoczynek od telefonu. Na wakacjach, w weekend czy wieczorem. Ja lubię jak jeździmy do rodziców T. na wakacje, gdzie nie ma zasięgu i nikt nie może się dodzwonić. Tam można naprawdę wypocząć i skupić się w 100% na emocjach i czasie spędzonym z rodziną.

Zachęcam Was by skupić się na dziecku, zabawie czy po prostu odpoczynku ale bez telefonu czy telewizora. Jakby nie patrzeć to wpływa na nasze dzieci i na to jaki obraz rodzica im przedstawiamy.

A.

0 komentarze: