Dziś kończymy 3 lata!

23 marca 2014 roku o godzinie 3:05 przyszła na świat Młoda.

... dzisiaj mija 3 lata...

Ostatnie sytuacje jakie mamy ze szpitalami, lekarzami i medycznymi przypadkami, które zadziwiają samych lekarzy, sprawia, że czas leci mi strasznie szybko. Jednak ostatnie trzy lata minęły mi niewiarygodnie szybko. Nie powiem, że było trudno. Jednak łatwo też nie było. Po prostu było inaczej. Dzieci zmieniły w moim życiu wiele. I nie tylko to, że jestem mniej nerwowa czy nie przejmuje się wszystkimi mało istotnymi sytuacjami jak kiedyś. Dzięki dzieciom stałam się MATKĄ. I to właśnie trzy lata temu, poczułam co znaczy być spełnionym. Przepełniona obawami czy sobie poradzę, dziś wiem, że bycie Matką jest czymś nie do opisania. Matka ma niezmierzone pokłady energii i siły w sobie. Matka ma 6 zmysł i jak coś się dzieje z dzieckiem to wie, że nie może bagatelizować objawów. Matka nie ma czasu chorować i nie robi siku w samotności. Matka czasem jest osamotniona w swoim rozgoryczeniu ciągłego robienia wszystkiego za wszystkich. Wydawać by się mogło, że narzekam. Nic bardziej mylnego. To wszystko tworzy Matkę. To dzięki temu wszystkiemu czujemy się potrzebne.



Młoda zmieniła się nie do poznania. Z malutkiego bobaska zmieniła się w dużą, bardzo mądrą dziewczynkę. Jest czasem bardzo nieznośna. Mnie trafia szlag. I uwierzcie, dostaje białej gorączki gdy kładzie się w żłobku na podłodze lub jęczy przez 3h tylko po to by marudzić. Ostatnie sytuacje, sor, szpitalne sale, niespodziewana operacja, wszystko to sprawiło, że nie denerwuje się już tak na nią. Cieszę się każdym dniem z Młodą, bo wiem, że życie jest kruche. Nigdy nie wiadomo co Nas czeka danego dnia i nie zawsze warto planować. Czasem dajmy ponieść się emocjom i spędzajmy czas z dzieckiem tak jak dzieci tego chcą.

Nasza droga o to by Młoda pojawiła się na świecie była bardzo wyboista. Czekaliśmy na nią długo zarówno by serduszko zaczęło bić, by byłą z nami aż po fakt, że nie spieszyło jej się by pojawić się na świecie. Urodzona 10 dni po terminie, sprawiła, że staliśmy się najszczęśliwszymi osobami na świecie. Te wszystkie emocje, które mi towarzyszyły, nie zawsze pozytywne bo były też łzy, cierpienie, żal, smutek, obawa, panika ale i radość, strach przed tym czy wszystko skończy się dobrze. Wszystkie te emocje zarówno dobre jak i złe, są wartościowe, bo są prawdziwe.

Było warto na Ciebie czekać córeczko!
Bądź zawsze uśmiechnięta, bądź sobą!
Spełniaj swoje marzenia!
Wierz zawsze w siebie!
I kochaj życie!

A.

Matka SUPER BOHATERKA

Cześć!

Pewnie pamiętacie jak ostatnio pisałam o tym, że odkąd wróciłam do pracy mam takie przeświadczenie, że rola matki to rola super bohaterki.

Jakiś czas temu oglądaliśmy z T. film na faktach gdzie kobieta pojechała na wakacje ze swoją sześciomiesięczną córeczką na Bliski Wschód. Niestety, matka ta przeżywa wielką tragedię. Dziecko zostaje porwane. Matka szuka go wszędzie, jest w stanie zabić, jest w stanie na boso biec przez pół miasta tylko po to, by dowiedzieć się prawdy, gdzie przebywa jej dziecko. Pada w tym filmie określenie, że matka to taka osoba, która dla swojego dziecka jest w stanie "podnieść autobus". 
Teraz jak wróciłam do pracy, stwierdziłam, że faktycznie tak jest. Matka jest w stanie zrobić niemożliwe i znajdzie w sobie pokłady niespożytej energii aby tylko jej dziecko było szczęśliwe.
Mnie zmęczenie łapie najcześciej wieczorem, gdy po całym dniu siadamy na kanapie i zastanawiamy się z T. czy nie jest za wcześnie by pójść już spać :) Jak wychodzę z pracy to zmęczenie nagle przechodzi. Strach przed jazdą metrem nie jest już ważny. Jedyne co mam zakodowane w głowie i o czym myślę, to to, by jak najszybciej dotrzeć do Młodej i Kruszynki :)


Ostatnią niedzielę spędziliśmy na SOR. Kruszynka od kilku dni miała bardzo wysoką gorączkę, której nie byliśmy w stanie zbić. Postanowiliśmy, że nie będziemy dłużej czekać i jedziemy do szpitala. I wiecie co zaobserwowałam? Do gabinetu z dzieckiem wchodzi Matka. To Matka rozmawia w rejestracji z Panią w okienku by powiedzieć po co przyszła. To Matka idzie z dzieckiem na pobranie krwi i w końcu to Matka tuli dziecko gdy płacze ze zdenerwowania w poczekalni. I to Matka musi mieć tą siłę w sobie by nie widać po niej było zdenerwowania. To Matka musi mieć cierpliwość by po trzy razy mówić pani w rejestracji, ratownikowi i lekarzowi, z jakim problemem przyszła. Wszystkie my Matki siedzące w poczekalni musiałyśmy znaleźć w sobie siłę by nie bać się pójść z dzieckiem na pobranie krwi. Nie ważne, że denerwujemy się tak jak dziecko i przeżywamy to bardziej niż ono, bo jesteśmy świadome tego co się dzieje. To My Matki mamy w sobie tą siłę by nie uronić przy dziecku ani jednej łzy.

Myślicie, że w oczach dzieci jesteśmy superbohaterami? Nie mam co do tego wątpliwości!

Dzisiaj w tym pięknym Dniu Kobiet chciałabym Wam życzyć moje drogie, wiele siły, wytrwałości w dążeniu do celu i tego byśmy nigdy się nie poddawały.

A.

Powroty nie są takie złe..

Już ponad miesiąc jak wróciłam do pracy. Powiem Wam, że pisanie tak jakbym chciała nie wychodzi mi, a pisać na szybko nie chcę. Prawdę mówiąc szybko przyzwyczaiłam się do dzielenia swoich obowiązków między domem i pracą i często mimo, że postanowię sobie, że coś napiszę to po prostu nie wychodzi. Mam jednak nadzieję, że w całym tym zabieganiu, uda mi się organizacyjnie pogodzić obowiązki tak by pisać jak najwięcej :) Obserwujcie mnie na instagramie, bo tam jestem często!

Codzienność jest inna każdego dnia. Moje obserwacje? Młoda dba o moją kondycję i codziennie rano, po wyjściu ze żłobka, biegnę by zdążyć na autobus. Wysiadam z metra i idę na pieszo a nie podjeżdżam tramwajem. Kiedyś nie do pomyślenia przez moje lenistwo, dziś naturalna kolej rzeczy. Ludzie jeżdżący komunikacją są bardzo do siebie podobni. Jedni czytają książki, innych pochłania internet i telefon. Jednak wszyscy są zaspani i w szarych kolorach.

Po południu, gdy wracam z pracy, wyznaczyłam sobie cel, dogonić dziewczynę, która tak jak ja, wysiada z autobusu i idzie do żłobka. Codziennie staram się ją dogonić ale jest tak szybka, że nie jestem w stanie:) I tak jak ją spotykam, to nasunął mi się kolejny temat na artykuł - "matka super-bohaterka". Jednak o tym w kolejnym artykule.


Jest połowa lutego a mam przeczytane dwie książki i właśnie zabieram się za czytanie kolejnej. Jakby nie patrzeć postanowienie noworoczne po mału się wypełnia:) Czas mija szybko a dni uciekają przez palce. Jeszcze szybciej, niż jak wtedy, gdy byłam z dziewczynkami w domu. Jednak generalnie jest dobrze. Pracuje mi się dobrze a obowiązki domowe są wypełniane w 100%. A wiecie, jaka jestem "poukładana", więc wypełnianie domowych obowiązków sprawia, że jestem spokojniejsza.

Przez ten miesiąc, dziewczynki niewiarygodnie szybko się rozwinęły. Kruszynka mówi zdania dwu wyrazowe i buzia jej się nie zamyka. Rozumie coraz więcej i spokojnie można się z nią porozumieć i zrozumieć o co jej chodzi. Młoda wyrosła i stała się taka "poważna" a każde wyjście do sklepu jest dla mnie przyjemnością a nie nerwami przeplatającymi się z jej histerią. Choroby? Tak dzieci chorują! I nie można ich chwalić, że są zdrowe bo jak się tak zrobi to potem mamy dwa tygodnie z głowy. I wykańczają babcię, która choruje przez nie, kolejny tydzień:) Staramy się jakoś budować odporność i trzymamy kciuki by zdrowie było jak najdłużej :)


Trzymajcie kciuki za marzec! To będzie ciężki miesiąc:) Młoda ma urodziny a ja w tym wszystkim i pisaniu i pracowaniu i całym codziennym harmidrze nie mam zamiaru rezygnować, z pięknie oprawionych urodzin:) i tort też zrobię sama, a co:)!

Trzymajcie się!
A.

Pierwszy dzień dorosłego życia

Swój powrót do pracy od jakiegoś czasu nazywam "dorosłym życiem". Wszystko wydaje mi się takie "ważne". Zarówno zawodowo jak i rodzinnie organizacyjnie. "Dorosłe życie" wydaje się być zamkiem, który zostanie otwarty jak znajdziemy pasujący klucz.


Pewnie ciekawi jesteście jak pierwszy dzień z dala od dzieci a blisko pracy zawodowej?

Noc była niespokojna. Nie dlatego, że dziewczynki nie spały a dlatego, że była pełna przeróżnych snów. Stres dał się we znaki, gdy rano obudziłam się z obolałymi mięśniami w całym ciele.

I wiecie co?

Zupełnie niepotrzebnie ten stres był. Oczywiście jest to naturalne, jednak teraz, gdy ten dzień się kończy, wiem, że zupełnie niepotrzebnie aż tak się denerwowałam. Od samego rana towarzyszyło mi "szczęście początkującego", bo udało mi się dobrze wysiąść na przystanku przy metrze, potem dobrze wyszłam z metra i to po tej stronie co trzeba. Uwierzcie mi, że z reguły mam z orientacją bardzo duży problem :) To chyba przez to, że nie miałam dziewczynek ze sobą i mogłam spokojnie pomyśleć:)

Dziś upewniłam się, że może nie mam wielkiej ilości przyjaciół. Mam osoby, które jestem w stanie policzyć na palcach u jednej ręki ale to naprawdę PRAWDZIWI przyjaciele. Od 6 rano dostawałam wiadomości z prośbą o odebranie prezentu zostawionego w konkretnym miejscu dla mnie, wiadomości z życzeniem powodzenia a przede wszystkim wsparcie, które dało się odczuć i dodało mi skrzydeł. Tym co dziś sprawili, że tak właśnie się czułam, bardzo za to dziękuję! Było mi to bardzo potrzebne!

W pracy było bardzo sympatycznie. Wszyscy uśmiechnięci, dopytujący jak sobie radzę z zostawieniem dziewczynek, jak się czuje i powiem Wam, że czuć było szczerość w tych pytaniach. Fajnie było widzieć uśmiechy ludzi, z którymi nie widziałam się długo a uśmiechali się od ucha do ucha i pytali co słychać i jak tam mi się pracuje pierwszego dnia. Najmilsze było ciasto, które zostało zamówione i podzielone na cześć mojego powrotu. Strasznie miłe zaskoczenie. Niespodziewane. Miłe. Szczere. 

Powiem Wam, że dzisiaj było inaczej. Padający śnieg mi nie przeszkadzał a wręcz cieszył każdy płatek zatrzymujący się na twarzy. Z drugiej strony tęsknota ale i piękny wieczór z dziewczynkami, który sprawił,że zrozumiałam jak wiele dla mnie znaczą. Nie taki diabeł straszny jak myślałam.


Dobranoc!

A.

Matka wraca do pracy

Kilka dni temu wstawiłam na instagrama zdjęcie formularza do postanowień noworocznych. Musiałam dokładnie wszystko przemyśleć i dopiero dziś udało mi się go wypełnić. Przyznam się Wam, że nigdy jeszcze nie spisywałam sobie postanowień na nowy rok. Stwierdziłam jednak, że rok, który Nas czeka będzie pełen wyzwań, znaków zapytania i zmiany naszego życia, dlatego postanowiłam, że to będzie fajne rozwiązanie.


12 stycznia Matka wraca do pracy.

Ten rok będzie przełomowy. Czas do powrotu mija nieubłaganie szybko. Nie mogę uwierzyć, że to już w przyszłym tygodniu. Z jednej strony bardzo się boję całej sytuacji i tego jak to wszystko będzie wyglądać. W końcu nie było mnie w pracy 3,5 roku i wiele się przez ten czas zmieniło. Na samą myśl, że będę musiała zostawić Kruszynkę, oczy zapełniają mi się łzami. Z drugiej strony wiem, że będzie pod dobrą opieką a mi "wyjście do ludzi" przyda się a i czas na poczytanie podczas dojazdu do pracy będę mieć. Myślę, że do całej sytuacji dobrze przygotowało mnie pójście Młodej do żłobka. Trochę przyzwyczaiłam się, że nie mam dziecka przy sobie przez te 8 godzin. Wiem, że Kruszynka będzie pod wspaniałą opieką, bo pod opieką Babci, ale przykro mi, że nie mogę towarzyszyć w jej dorastaniu tak dużo czasu ile poświęciłam Młodej. Wiem, że to normalna kolej rzeczy ale przykro mi się robi na samą myśl o tym. 


To co najbardziej mnie stresuje to, to jak poradzimy sobie z codziennym życiem i jego organizacją.
Już pewnie poznaliście mnie na tyle, że wiecie, że jestem dobrze zorganizowaną osobą. Nie lubię nie mieć czegoś zaplanowanego czy robić coś na ostatnią chwilę. Na tyle na ile znam siebie to wiem, że przy natłoku zadań i informacji, nie będę w stanie wszystkiego spamiętać. Lubię mieć plannery, które ułatwiają mi codzienne życie. Dlatego też, sięgnęłam po świetny plan tygodnia do mypinkplum.pl. Znajdziecie tutaj wiele plakatów motywacyjnych, etykiet, plannerów czy innych cudownych rozwiązań do upiększenia własnej przestrzeni. Ten plan tygodnia bardzo mi się spodobał, nie tylko przez to, że jest piękny ale przede wszystkim, że mogę samodzielnie go pokolorować. Wtedy i odprężam się i tworzę coś nietypowego i niepowtarzalnego.

Wiem, że kiedyś musiał ten dzień nastąpić. Nie powiem, że jestem pełna obaw bo wiem, że sobie poradzimy. Denerwuję się jednak jak odnajdziemy się w tej nowej dla Nas sytuacji. Z drugiej strony, jestem pewna, że lepiej czy gorzej ale poradzimy sobie. A czy ja poradzę sobie z rozłąką z dziećmi? W końcu zdarza Nam się wyjechać gdzieś bez dzieci, to może nie będzie tak źle? Czy jeszcze pamiętam jak się efektywnie pracuje? Mam nadzieję, że tak!
Trzymajcie za Nas kciuki!

A.

rok 2017

Cześć!
Długo mnie tutaj nie było. Ostatni czas jest dość intensywnie wykorzystany. Święta, choroby dziewczynek, przeziębienia, domowe porządki, przygotowania do pracy, narodziny nowych członków rodziny, pomoc przyjaciółce, spotkania z przyjaciółmi, świąteczne wypieki... Wszystko to sprawia, że nie mam czasu pisać. A nie chcę pisać na szybko czy od niechcenia. Stwierdziłam, że najwyżej zrobię to nieco później ale tak jak chcę. Dlatego też, to właśnie dzisiaj chciałabym napisać Wam kilka słów na nowy 2017 rok.

Rok 2016 był dla mnie dobrym rokiem. Pełnym ciepła, uśmiechu, dobrych wiadomości ale i trudnych sytuacji, z którymi musiałam się zmierzyć. W tym roku, to dzieci nauczyły mnie cierpliwości. Praca społeczna na rzecz bloku, w którym mieszkamy wiary w siebie. Jednak najważniejszą nauką z 2016 roku, jest to, że najważniejsze w życiu to rodzina, miłość i zdrowie. Na koniec roku, urodziła się córeczka mojej przyjaciółki i to koniec roku pokazał mi, że każdym dniem powinniśmy się cieszyć. Nie gonić, nie siedzieć z nosem w telefonie, a cieszyć się każdym dobrym słowem, każdą minutą spędzoną z ukochaną osobą. To właśnie tak najpiękniej możemy przeżyć każdy dzień. Tak by go nie żałować.


Rok 2017 będzie dla mnie przełomowy. Po 3 latach opieki nad dziewczynkami, wracam do pracy. Muszę zmierzyć się z odnalezieniem w nowej sytuacji i wszystkimi emocjami, które temu towarzyszą. O tym jednak, będzie oddzielny artykuł, więc nie będę się rozpisywać.
Będzie to dla mnie rok zmian ale i ponowna nauka organizacji. Będzie ciekawie i mam nadzieję, że jeszcze lepiej niż w ubiegłym roku.

Wam wszystkim życzę spełnienia, wiary we własne siły, więcej czasu na spotkania z przyjaciółmi, cierpliwości w dążeniu do celu oraz ZDROWIA i MIŁOŚCI. Bo gdy jest zdrowie i miłość, to jest wszystko.

Szczęśliwego Nowego Roku!

A.

Sernik kawowo-czekoladowy

Ten przepis miałam Wam wrzucić już w sobotę jednak pełnia robi swoje i dziewczynki nie śpią w nocy a co za tym idzie ja ledwo żyję w dzień. Dziś jednak nie mogę sobie odpuścić bo ten sernik jest tego wart. Uwielbiam kawę i muszę Wam przyznać że przez to, że wykorzystuje się ją w przepisie, sernik smakuje bardzo nietypowo. Z jednej strony nie jest bardzo słodki, przez goryczkę kawy, a jednak jest bardzo sycący. Sami sprawdźcie!

Na spód potrzebujemy:
1 duże opakowanie herbatników
3 łyżki roztopionego masła

Blachę o średnicy 25 cm wykładamy papierem do pieczenia. Wykładamy samo dno blachy.
Herbatniki kruszymy na drobno i dodajemy masło. Masa musi mieć konsystencję "mokrego piasku". wsypujemy ją na dno blachy i za pomocą łyżki dokładnie rozprowadzamy i dociskamy do dna blachy. Chłodzimy w lodówce przez pół godziny. W tym czasie wyjmujemy z lodówki produkty na masę by się ocieliły.

Na masę czekoladowo-kawową potrzebujemy:
1 kg twarogu podwójnie mielonego
1,5 szklanki cukru
4 jajka
250 g serka mascarpone
1 opakowanie budyniu waniliowego
2 opakowania cukru waniliowego
200 g gorzkiej czekolady
4 łyżki kawy rozpuszczalnej
2 łyżki mąki ziemniaczanej


W misie miksera umieszczamy twaróg, mascarpone, jajka, cukier, budyń i mąkę. Mieszamy tylko do połączenia się składników. Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej i po lekkim przestudzeniu dodajemy do masy serowej. Na koniec dodajemy kawę. Tak przygotowaną masę, wylewamy na schłodzony spód i pieczemy przez 50-60 minut w temperaturze 150 stopni. Sernik jest gotowy gdy jego wierzch jest sprężysty i ścięty na wierzchu. Pozostawiamy w uchylonym piekarniku do wystudzenia.

Smacznego!
A.

Ciasto gruszkowe z tahini

Zupełnie przypadkiem znalazłam do swojej kolekcji przepisów, przepis wegański. Znalazłam go na stronie Moje Wypieki. Ciasto jest bardzo specyficzne w smaku. Tahini jest bardzo wyczuwalna a ciasto samo w sobie jest bardzo sycące.

Potrzebujemy:
250 ml soku jabłkowego
240 g pasty tahini
2-3 gruszki obrane i pokrojone w kostkę
100 g płatków migdałowych
1 opakowanie cukru waniliowego
2 łyżeczki proszku do pieczenia
220 g mąki pszennej
260 g miodu


Tahini i miód mieszamy do otrzymania gładkiej masy. Mąkę, cynamon, cukier i proszek do pieczenia przesiewamy do większego naczynia. Do przesianych składników dodajemy wymieszaną z miodem, pastę tahini. Następnie dodajemy pozostałe składniki i dokładnie mieszamy. 
Do formy o średnicy 22 cm, wyłożonej papierem, przelewamy ciasto. Pieczemy przez około 1 godziny lub do suchego patyczka w 160 stopniach. 

Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem
Smacznego!
A.

Ciasto jogurtowe z cynamonem i migdałami

Przeglądając stronę Moich Wypieków szukałam czegoś jakiegoś ciasta z jogurtem. Znalazłam! I powiem Wam, że jestem zachwycona. Jest pyszne! Jak nie przepadam za cynamonem to w tej odsłonie jestem w stanie się w nim nawet zakochać:) W całym domu pięknie pachnie. A żeby je zrobić nie potrzebujecie nawet miksera.


Potrzebujemy:
300 g mąki pszennej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
100 g zmielonych migdałów
2 łyżeczki cynamonu
1 op. cukru waniliowego
2 duże jajka
200 ml oleju
400 ml jogurtu greckiego
3 łyżki płynnego miodu

Mąkę, proszek do pieczenia, zmielone migdały, cukier waniliowy i proszek do pieczenia przesiewamy przez sitko i odstawiamy. Jajka, jogurt, miód i olej mieszamy widelcem lub rózgą kuchenną. Gdy mieszanka z jajek jest dokładnie wymieszana dodajemy przesiane składniki. Wszystko mieszamy jedynie do połączenia się składników, tak by nie było grudek.

Blachę o średnicy 25 cm wykładamy papierem i wylewamy ciasto. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 170 stopni i pieczemy przez 45-50 minut lub do "suchego" patyczka.

Smacznego!
A.

Krucha tarta truskawkowa z creme patisserie

Tradycyjnie inspiracja z Moich Wypieków.

Na kruchy spód potrzebujemy:
1/2 kostki masła
1 jajko
1/2 szklanki cukru pudru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 i 1/2 szklanki mąki pszennej


Wszystkie składniki mieszamy ze sobą do wyrobienia. Blachę o wymiarach 12 x 36 cm wykładamy papierem do pieczenia. Rozwałkowane ciasto kruche układamy dokładnie w blaszce, dociskając boki.  Tak przygotowane do pieczenia ciasto nakłuwamy widelcem w kilkunastu miejscach i wstawiamy na 30 minut do lodówki. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy przez 20 minut, do zarumienienia ciasta.

Po tym czasie, zabieramy się za creme patisserie.

Na czekoladowy creme patissere potrzebujemy:
350 ml mleka
3 żłótka
75 g cukru
20 g mąki pszennej
20 g mąki ziemniaczanej
9 łyżka ekstraktu z wanilii
90 g czekolady gorzkiej

Mleko zagotować i zdjąć z palnika. 
Żółtka utrzeć z cukrem na jasną masą. Następnie wsypać obie mąki i dokładnie wymieszać. Tak przygotowaną masę wlać do mleka i wymieszać by nie było grudek. Następnie postawić ponownie na gaz i mieszając cały czas, czekać aż masa zgęstnieje. Po zagotowaniu, trzymać na palniku jeszcze minutę a następnie zdjąć z palnika i dodać ekstrakt z wanilii. Dokładnie wymieszać a potem dodać połamaną czekoladę i wymieszać do momentu roztopienia się czekolady. Tak przygotowany krem wylać na wypieczony wcześniej kruchy spód. Na ciepły jeszcze krem ułożyć odszypułkowane truskawki i odczekać aż ciasto wystygnie.

Smacznego!
A.

Matka też potrzebuje urlopu

Jutro jest dzień, na który czekałam od bardzo dawna. I mimo, że będę musiała wstać o 6 to będę najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Jutro ruszamy na babski weekend z moimi dwiema przyjaciółkami. Jedziemy do Krakowa. Z dala od naszych facetów, pracy, dzieci.


Muszę się Wam przyznać, że czekałam naprawdę bardzo ale to bardzo na ten wyjazd. Jak jakiś czas temu wpadłyśmy na taki pomysł, stwierdziłyśmy, że trzeba od razu zdecydować się co i jak, bo potem plany nam się rozjadą. Każda z Nas jest zmęczona, zabiegana, nie mamy totalnie czasu by na spokojnie ze sobą porozmawiać nie mówiąc już o wspólnym spotkaniu. I to bez dzieci! Nie realne...

Ostatnio czytam o macierzyństwie tylko i wyłącznie w różowych kolorach. Nieliczne matki piszą, że nie mają siły czasem wstać z łóżka czy posprzątać brudne naczynia w zlewie. Jednak wiecie co? To wcale tak nie jest, że macierzyństwo to czas relaksu, wypoczynku i wspólnego spędzania czasu z dziećmi. Nie będę nikomu mydlić oczu. Jestem zmęczona, dzieci mnie wkurzają i drażnią. I naprawdę, gdybym nie musiała pracować to nie pracowałabym, bo jako matka spełniam się w 100%. Jednak jak są takie dni jak dziś, gdzie jedno wyje cały dzień, zasypia godzinę by drzemka trwała pół godziny.... druga jęczy i marudzi od samego wyjścia ze żłobka do wieczornej kąpieli....gdzie odliczam minuty aż T. wróci z pracy i z utęsknieniem czekam wieczoru by posiedzieć w spokoju... To TAK! Potrzeba mi urlopu od tego wszystkiego. Potrzebuje spędzić czas z przyjaciółkami, wysikać się w samotności czy po prostu zjeść obiad nie zastanawiając się co dziewczynki kombinują, że jest tak cicho. Jeśli tego nie zrobię to zwariuję. Zacznę krzyczeć na dziewczyny, nerwy będą mi puszczać, nie mówiąc o odwiecznym zrzędzeniu w domu. To wszystko sprawi, że totalnie się zajadę w obowiązkach matki a co dopiero matki pracującej bo w styczniu wracam do pracy zawodowej.

Każdej matce należy się odpoczynek i taki wyjazd jak ten, w moim odczuciu jest idealny. I nie, nie czuję się wyrodną matką bo zostawiam dziewczynki. Przecież nie zostawiam ich z obcą babą tylko z ich własnym ojcem. T. spokojnie sobie poradzi. Bardzo dużo mi pomaga i jestem spokojna o dzieci. Poradzi sobie. Jedyne o co się martwię, to o niego :) Ja wiem, że on sobie zdaje sprawę jak ciężką pracę robię będąc matką, jednak jak samemu się przez to przechodzi to dopiero widzi się jak bardzo jest to wyczerpujące.

Torba spakowana, drożdżówki zrobione, bilety wydrukowane, dobry humor jest!
Trzymajcie kciuki byśmy świetnie się bawiły. Ja jestem przekonana, że tak będzie. Będziemy my we trzy, zero facetów, zero dzieci i święty spokój!

Dobranoc!

A.

ps. Dziewczyny! Pomyślcie czasem o sobie i zróbcie coś dla siebie. Tak jak my! Bez żadnych wyrzutów sumienia!

Drożdżówki z owocami

Ostatnio oglądaliśmy z T. jeden z nowych programów kulinarnych w TV. Uczestnicy mieli wypiec ulubione bułeczki. Wtedy T. stwierdził, że też mogłabym takie zrobić bo on chętnie by zjadł. Nigdy nie robiłam ale pomyślałam, że czemu nie. Inspiracje znalazłam na Moje Wypieki.

Jak wiecie Młoda jest chora a biorąc pod uwagę, że jutro sobota postanowiłyśmy zrobić je dzisiaj bo będzie komu jutro jeść :)

Na 9 sztuk drożdżówek potrzebujemy:
2,5 szklanki mąki pszennej chlebowej
3/4 mleka letniego (u mnie było dość ciepłe)
4 łyżki cukru
1 jajko
1 żółtko
60g masła roztopionego
7g drożdży suchych

Kruszonka (wszystkie składniki rozcieramy w palcach)
1/2 szklanki mąki pszennej
60 g masła roztopionego
5 łyżek cukru 
1 opakowanie cukru waniliowego


Mąkę mieszamy z suchymi drożdżami po czym dodajemy resztę składników i wyrabiamy. Pod koniec wyrabiania dodajemy po mału tłuszcz - tak by dokładnie wmieszał się w ciasto. Ciasto wyrabiamy do momentu jak będzie miękkie i elastyczne. formujemy z niego kulę i wkładamy do oprószonej mąką miski. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy na minimum 1,5 godziny w ciepłe miejsce tak by ciasto podwoiło swoją objętość. U mnie stało pod przykryciem 2h.

Po tym czasie ponownie krótko zagniatamy ciasto i dzielimy na 9 bułeczek. Bułeczki odkładamy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i przykrywamy ściereczką na kolejne 45 minut- do podwojenia objętości. Pamiętajcie, że nie można ułożyć ich zbyt blisko siebie bo znacząco urosną. 

Gdy bułeczki podwoją swoją objętość robimy wgłębienie dnem szklanki. Szklankę dociskamy dość mocno, tak by ciasto było cienkie. Następnie w zagłębienie wsypujemy pół łyżeczki bułki tartej i układamy owoce. W oryginalnym przepisie były truskawki. Ja dzisiaj zrobiłam ze śliwką i borówką. Prawdę mówiąc nadzienie jest dowolne - to z czym lubicie:) Tak przygotowane bułeczki smarujemy jajkiem roztrzepanym z mlekiem i posypujemy kruszonką. 

Pieczemy w 190 stopniach przez 20 minut.
Smacznego!

A.

Kruszynka kończy ROK!

14 września 2003 roku Cezary Zamana wygrał 60. Tour de Pologne i tak wygraną jak on czułam się ja, rok temu. 14 września 2015 roku o godzinie 19:15 przyszła na świat Kruszynka! Dzisiaj świętujemy jej ROCZEK!

Strasznie szybko minął mi ten roku. Dopiero co pamiętam chodziłam z ciążowym brzuchem a teraz już Kruszynka jest z nami rok. Zawsze wszystkim powtarzam, żeby robili jak najwięcej zdjęć bo dziecko zmienia się niesamowicie a czas leci nieubłaganie szybko. Dzisiaj jak sobie przeglądam te zdjęcia zaraz po narodzinach to nie mogę uwierzyć, że była taka malutka. Mimo, że dziewczynki urodzone zostały rok po roku i dla mnie to był trudny, wyczerpujący czas, to nie żałuję. Widzę jak teraz świetnie się ze sobą dogadują i jak bardzo charakterem różnią się od siebie. Cudownie jest patrzeć, że każda z nich jest inna, na swój sposób jest sobą. Kiedyś myślałam, że tylko Młoda ma mój charakter jednak ostatnie tygodnie pokazują, że Kruszynka również to po mnie odziedziczyła. I wiecie co? To wcale nie są dobre cechy :) A już myślałam, że będzie takim złotym człowiekiem jak T. a tu taka niespodzianka :)


Czas z dwójką małych dzieci mija bardzo szybko. Mam wrażenie, że ten rok Kruszynki minął mi szybciej niż jak Młoda była mała. Obiektywnie muszę stwierdzić, że na pewno dzielenie uwagi na obie dziewczynki sprawiło, że ten czas prześliznął mi się przez palce. Mimo, że był ciężki bo jednak obie malutkie to jednak dający wiele satysfakcji. I na samą myśl wspomnień porodu, chodzenia z ciążowym brzuszkiem, łzy same napływają do oczu. A jak pomyślę, że pani położna poprosiła bym trzy razy kaszlnęła, raz poparła i Kruszynka była z Nami, to uśmiech nie schodzi mi z ust. Przez ten rok nauczyłam się jeszcze więcej cierpliwości, lepszej organizacji oraz cieszenia się z drobnych rzeczy czy sytuacji jak pierwsze uśmiechy, kąpiele, pierwsze kroki, pierwsze słowa. Już się nie mogę doczekać naszych pierwszych wypieków, wspólnie spędzonych chwil Matki z córką. Tylko ja i Kruszynka!

Nie wyobrażam sobie teraz życia bez Kruszynki! przeszliśmy przez ząbkowanie, były nieprzespane nocy ale też byliśmy na pięknych wakacjach na Cyprze, nad polskim morzem, na mazurach... Przejdziemy przez bunty dwulatka, czterolatka. Będą kłótnie z nastolatką aż finalnie oddamy ją w ręce jej wybranka serca. Wiem, że to jeszcze daleko przed nami ale czas nieubłaganie szybko leci i zanim się obejrzymy będziemy dziadkami.

Ten czas z dzieckiem jest piękny. Myślę, że jeden z piękniejszych w naszym życiu. Celebrujcie go i nawet gdy coś nie wychodzi albo nie idzie po waszej myśli to się nie poddawajcie bo i tak jesteście najlepszymi rodzicami! Każdy z nas się uczy i nie ma co się wstydzić porażek czy proszenia o pomoc!

Miłego dnia!
A.

Pierwsze dni w żłobku

Jak pewnie zauważyliście, temat żłobka towarzyszy nam od maja. Długo zbierałam się by coś o tym napisać. Były emocje i nerwy. W tygodniu przed pójściem do żłobka Młoda dostała temperatury i już trzy dni przed 1 września, spała z nami w nocy. Ogólnie w dzień nie wykazywała by się denerwowała czy, że nie chciałaby pójść. Jednak w nocy była niespokojna.

Nadszedł 1 września...

Dla mnie to wielkie wydarzenie. Zdecydowałam się, że moje dziecko pójdzie do żłobka i będzie pod opieką nieznanych mi osób. Bałam się bardzo. Pierwsze dni zapowiadały wielką niepewność jak to będzie. Nie chcieliśmy by chodziła tam, bo jej karzemy a dlatego, że bardzo jej się podoba. Borykałam się z myślami czy nie robię jej krzywdy, czy to na pewno dobry pomysł? Zastanawiałam się, czy cztery dni adaptacji wystarczą, by się zaaklimatyzowała? Pytań było wiele.

Stwierdziliśmy, że te cztery dni podzielimy między sobą. Pierwszego dnia Młoda poszła ze mną, drugiego z T. Pierwsze dni spędziliśmy z nią na sali, czasem wychodząc na korytarz by jednak została sama. Kolejne dwa dni adaptacji były bardzo podobne. Tłumacząc jej, że jesteśmy na korytarzu, bez problemu dała się wprowadzić na salę zabaw w żłobku i zupełnie się na nas nie oglądała.



I wiecie co?

Moje obawy były totalnie niepotrzebne. Teraz mamy taki „problem”, że gdy idę po Młodą do żłobka o 15:30 jest awantura, że ona musi iść do domu. Śmiejemy się z T., że on miał być tym złym co ją zaprowadza a ja tą dobrą co ją odbiera. A wychodzi na to, że ja jestem ta zła bo zabieram ją do domu :) Panie i całe otoczenie w żłobku jest cudowne. Gdy okazało się, że dostaliśmy się do żłobka drugiego wyboru nie byłam zadowolona, wręcz trochę zaniepokojona. Gdy przeczytałam opinie, byłam pewna, że chyba ktoś nad nami czuwa, że tak nam się poszczęściło. I tak jak czytałam, że to żłobek, z którego dzieci nie chcą wychodzić do domu, tak sama odczuwam to na własnej skórze. Bardzo się cieszę, że adaptacja poszła nam tak dobrze a Młoda czuje się tam aż tak rewelacyjnie.
Przez te kilka dni stała się taka "dorosła". Mówi więcej, zachowuje się grzecznie, nie szarpiemy się przy jedzeniu a siadamy do stołu i je zupę. Bez gadania! :) Aż strach pomyśleć jak to będzie dalej jak teraz jest tak dobrze.

A jak ja?

Czuję się dziwnie gdy Młodej nie ma w domu. Wiem, że to takie przygotowanie przed powrotem do pracy, ale jednak czuję się nieswojo. W domu zostałam z Kruszynką. Mogę jej poświęcić 100% swojego czasu co jest dla mnie bardzo ważne. Jednak wiecie co? Tęsknię za tym moim małym diabełkiem, jest cicho, spokojnie. I nie boję się przyznać – tak! Jest cudownie! Mimo tego, że za nią bardzo tęsknię to jest cudownie pójść do sklepu i nie musieć jej pilnować! Cudownie jest w spokoju zjeść śniadanie i wypić ciepłą kawę! Cudownie jest mieć dużo czasu w ciągu dnia! I cudownie patrzeć jak Kruszynka rośnie i widzieć każdy szczegół!

Trzymajcie kciuki by Młoda dalej tak chętnie wybywała z domu by posiedzieć z ciociami w żłobku!

Miłego dnia!
A.

Piękny ślub

Oj bardzo dawno mnie nie było. Ostatnio tyle się dzieje, że mimo, że zaplanuje pisanie na bloga czy robienie zdjęć to niestety zawsze coś wypadnie. Wakacje jedne, drugie, wyprawka do żłobka, pierwsze dni w żłobku i.... ślub. W ubiegłym tygodniu byliśmy na jednym z piękniejszych ślubów na jakim byłam w ostatnim czasie. Postanowiłam, że krótko ale muszę o tym napisać bo niekonwencjonalnie nie zawsze znaczy źle czy gorzej jakby się mogło niektórym wydawać.

Jeden z piękniejszych ślubów na jakim byłam. Z J. poznaliśmy się jak T. studiował. Na samym początku byłam nawet o nią zazdrosna, bo nie dość, że ładna, inteligentna to jeszcze w typie T. Starałam się do niej nie uprzedzać bo w męskim towarzystwie, w którym była na studiach, traktowana była przez chłopaków jako świetna kumpela. Gdy poznałam J. bliżej wiedziałam, że będzie i moją dobrą koleżanką. Od razu się dogadałyśmy. Pamiętam jak na trzydziestych urodzinach J. rozmawiałyśmy o rodzinie, małżeństwie i dzieciach. Ja byłam wtedy w 6 miesiącu ciąży z Młodą a J. świeżo po rozstaniu.



2 września 2016r. J. wzięła ślub ze swoją miłością życia - L. I wiecie co? Jak to na J. przystało było bardzo niekonwencjonalnie, uroczo i z klasą. Po prostu pięknie. I mimo, że Panna Młoda w ciąży to nie znaczy, że wyglądała ociężale. Gdy podjechaliśmy pod kościół ujrzeliśmy przybrany weselnie terenowy samochód Państwa Młodych, co nie zdziwiło Nas bo to ich pasja i wspólna miłość. Panna Młoda z brzuszkiem w pięknej krótkiej sukience, Pan Młody wyglądający świetnie w kolorowej muszce. W kościele zamiast kobiety świadkowej i mężczyzny świadka powitali Nas dwaj świadkowie - brat J. i brat L. Bardzo mi się spodobało, że wybrali osoby bliskie swojemu sercu, a nie bo tak nakazuje tradycja, kogoś na siłę. Kazanie w wykonaniu księdza zapamiętam na długo, bo porównanie miłości do róży i jej płatków jest niesamowicie trafne i można interpretować na wiele sposobów. Samo wesele było świetne. Miejsce bardzo romantyczne, otoczone pięknymi latarenkami, lampionami, małymi mostkami nad wodą. Mimo, że nie było orkiestry a był DJ to nie zabrakło disco polo, bez którego wiele osób nie wyobraża sobie wesela. Była budka do robienia zdjęć, film z podziękowaniem dla rodziców, nakręcony przez Państwa Młodych oraz dziewczyny tańczące taniec brzucha, który tak bardzo kojarzy mi się z J. i jestem pewna, że gdyby mogła to sama by z nimi zatańczyła:) 

Po tym pięknym dniu i nocy, mam taką refleksję, że będąc w ciąży można wyglądać na własnym ślubie pięknie, kobieco i elegancko. Można mieć szpilki 10 centymetrowe w kościele i bawić się w balerinach do białego rana. Tańczyć, śpiewać, rozmawiać i cieszyć się nie tylko błogosławionym stanem ale i obecnością ważnych w tym dniu ludzi. To właśnie J. pokazuje mi, że będąc Matką, nie rezygnuje się ze swoich marzeń i pragnień. Będąc Matką można normalnie funkcjonować!

J. i L. jeszcze raz wszystkiego najlepszego! Dziękujemy, że mogliśmy być z Wami w tym pięknym dniu! Mam nadzieję, że nasza znajomość nigdy się nie skończy!

Miłego dnia!
A.

Brownie z majonezem

Gdy dowiedziałam się, że moja teściowa przychodzi do Nas w odwiedziny to od razu pomyślałam o czymś nietypowym, bo strasznie lubi próbować nowe rzeczy. Przepis wrzucam dopiero teraz bo strasznie dużo się dzieje ostatnio. W sobotę np. jadę sama na tydzień nad morze z dziewczynkami :)

No ale ja nie o tym. Poniżej przepis na ciasto z majonezem. Tak! z majonezem! A T. mówi, że jest pyszne:) To skoro on tak mówi, to tak właśnie jest:)

Blacha o boku 23 cm.

Potrzebujemy:
50 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
200 g cukru
30 g kakao
2 czekolady gorzkie
3 jajka
100 g majonezu
kubeczek malin


Mąkę, kakao i proszek do pieczenia przesiać przez sitko. 
Czekoladę roztopić.

Jajka ubijamy krótko z cukrem oraz z cukrem waniliowym. Dodajemy roztopioną czekoladę i dalej krótko miksujemy. Następnie dodajemy przesiane składniki i majonez. 
Gotowe ciasto wylewamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i układamy na wierzch maliny. Pieczemy w 160 stopniach przez około 35-45 minut lub do lekko mokrego patyczka. Jeśli ciasto podczas pieczenia Wam bardzo urośnie a potem opadnie to tak właśnie ma być:)

Smacznego!
A.

Przyjaciel jakich mało

Nie było mnie tutaj dłuższy czas, bo ciągle jakieś obowiązki lub po prostu nie mam na nic siły. Myślę jednak, że o tym muszę napisać, nawet gdy brakuje sił i czasu.

Dziś nieco o przyjaźni.

Z M. znamy się już dość długi czas. Chyba z 5-6 lat - już sama nie liczę. Miałyśmy wzloty i upadki, bywało między Nami dziwnie... wszystko spowodowane tym, że nie rozmawiałyśmy ze sobą. Wiem, że o magii rozmawiania ze sobą nie mówię pierwszy raz, ale czy uwierzycie czy nie to naprawdę rozmowa jest bardzo ważna.

Był okres, że trzymałyśmy się z jeszcze jedną naszą, wtedy jeszcze przyjaciółką. Niestety Nasze drogi się rozeszły i jesteśmy my we dwie z M. Powiem Wam, że wtedy gdy nasz "trójkąt" się rozpadł, gdy M. wyjechała za granicę pracować, gdy okazało się, że jest w ciąży oraz to jak wtedy było między Nami, sprawiło, że zrozumiałam że nawet gdy życie da Nam kopniaka to mamy siebie. Zawsze możemy na siebie liczyć a mówienie do siebie bez ogródek jest najlepszym co możemy robić dla Naszej przyjaźni. Wiem, że nawet gdybyśmy były na dwóch różnych półkulach to rozmawiałybyśmy, chociażby na komunikatorze, codziennie. Życie sprawia, że właśnie w tych najtrudniejszych chwilach poznajesz, kto jest Twoim prawdziwym przyjacielem. Nie raz miałam kłody pod nogami, jednak M. zawsze przy mnie była. Wspierała mnie. Teraz gdy każda z Nas jest mamą to wspieramy się, radzimy a gdy nie zgadzamy się z postępowaniem drugiej z Nas, wspieramy i nie krytykujemy a szanujemy inne postępowanie niż Nasze. Powiem Wam, że taki przyjaciel to skarb i dzięki niej życie nabiera barw.


M. podziwia mnie, jak sobie daje radę z dziewczynkami a ja podziwiam jak świetnie sobie radzi jako mama ale przede wszystkim jak dobrze zorganizowaną jest osobą. Nie dość, że jej brzdąc ma niespełna 9 miesięcy, to pracuje, ogarnia dom i właśnie niedawno obroniła się a co za tym idzie skończyła edukacje póki co :) To niesamowite, że jest ktoś bardziej zorganizowany ode mnie:)

Kiedyś M. poprosiła mnie bym napisała artykuł o pomocnych trikach w organizacji czasu - oczywiście napiszę! Tylko wiecie co?! nie mam czasu:) Ostatnio tyle się dzieje, mam tyle na głowie, że totalnie nie mam czasu usiąść do tego tak, jakbym chciała. A pisanie czegoś na odczepnego nie jest w moim stylu. Mam jednak nadzieję, że już niedługo odpocznę i znowu znajdę czas by napisać coś dla Was.

M. dziękuję za motywację do pisanie bloga, za wspieranie mnie we wszystkich pomysłach, za to, że we mnie wierzysz i zawsze jesteś. A Wam kochani życzę takiego właśnie przyjaciela!

Teraz uciekam już spać bo dziewczynki wstają o 6...:)

Dobranoc!
A.

Matka NIE idealna

Tak karmiłam piersią pół roku.

Tak moje dzieci jedzą słoiki i nie zawsze kupuje ekologiczne rzeczy na bazarku.

Tak moje dzieci chodzą umorusane od stóp aż po czubek głowy.

Tak moje dzieci nie używają najdroższych pieluch.

Tak moje dzieci są szczepione szczepionkami skojarzonymi.

Tak moje dzieci chodzą po kałuży tak, że są mokre aż po głowę.

Tak moje dzieci oglądają czasem bajki.

Tak moje dziecko jeździ na rowerze biegowym.

To, że tak jest jest zamierzone i nic nikomu do tego. Czasem zastanawiam się, nad tym czy faktycznie dziewczyny, które tak krytykują takie matki jak ja, same są bez zarzutu. Ja nigdy nie mówiłam, że jestem idealną matką. Sama jeszcze uczę się bycia rodzicem i dobrą mamą. Staram się i myślę, że dla dziewczynek jestem najlepszą mamą jaką mogłyby mieć ponieważ kocham je nad życie. A swoją miłością rekompensuję im wszystkie swoje niedoskonałości. To, że kupuje słoiczki czy mam produkty nie "bio" nie znaczy że jestem gorsza czy, że nie kocham swoich dzieci. Kocham je bardzo ale pamiętajmy, że każdy ma prawo do samodzielnych decyzji.


Tak w moim domu pijemy mleko. I tak to mleko ma 3,2% tłuszczu.

Tak w mojej lodówce znajdziesz majonez i to wielki słoik.

Tak piszę bloga ale nie umieszczam nigdzie zdjęć dzieci.

Tak uwielbiam czekoladę i nutellę mimo, że jest niezdrowa i kaloryczna.

I tak, piłam kawę i farbowałam włosy w ciąży.

Nie jestem idealna. Nikt z Nas nie jest. Czasem ktoś wytyka mi, że powinnam sprawdzać skład każdego produktu i kupować wszystko eko na targu. Zastanawiam się, skąd ma pewność że kupując na targu faktycznie kupuje eko? Takie wytykanie sprawia, że czuję się jak najgorsza matka na świecie a nie powinnam się tak czuć. Każdy ma prawo do wyrażania swoich opinii i każdy ma prawo postępować tak jak uważa za słuszne. Jeśli jest tak jak napisałam wyżej, to jest tak dlatego, że sama to wybrałam i sama zdecydowałam by tak właśnie było.

Każdy wybiera samodzielnie. Nawet gdy popełnia błędy to robi to świadomie. Potem wyciągnie wnioski i będzie dalej uczyć się bycia rodzicem i dobrym człowiekiem.

Miłego dnia!
A.

Wakacje - cenna lekcja, która przyda się każdemu

Właśnie wróciliśmy z wakacji. Jak co roku wybraliśmy się nad morze z moimi ukochanymi przyjaciółmi. Kocham morze i kocham wyjazdy z tymi właśnie przyjaciółmi. A. i M. poznałam pierwszy raz gdy T. zabrał mnie ze sobą na wakacje. Było to dokładnie 9 lat temu. Do dziś nie możemy uwierzyć, że czas tak szybko mija. Na początku nasze relacje były bardzo zdystansowane, bo ja ciężko nawiązuję nowe kontakty. Czas tak szybko mija a ja nawet nie wiem kiedy ta znajomość przerodziła się w prawdziwą przyjaźń. Wiemy, że możemy na siebie liczyć o każdej porze dnia i nocy. A synek przyjaciół jest dla mnie jak mój rodzony syn. Uwielbiam te nasze poranki na wakacjach gdzie wspólnie pijemy kawę i wieczory, które przedłużają się do późnej nocy.



Zawsze gdy jestem nad morzem mój umysł dostrzega wiele i więcej niż na codzień. Zawsze wracam z jakąś lekcją w sercu. W tym roku, to dzięki przyjaciołom przywiozłam w sercu cenną lekcję. Nie raz zdarza mi się, że coś fuknę czy nieprzyjemnie odezwę się do T. Czasem ze zmęczenia, czasem w złości a czasem z czystego kobiecego "bo tak".  Po tygodniu spędzonym z przyjaciółmi wiem, że jest to złe, i że można inaczej gdy tylko się chce. A. i M. znają się ponad 15 lat. Można by rzec stare, dobre małżeństwo. Przebywanie z nimi sprawiło, że dostrzegłam jak bardzo są serdeczni w stosunku do siebie. Nawet gdy są bardzo źli, to wszystko obracają w żart albo po prostu łapią się za rękę. Gdy A. zrzędzi, zawsze odpowiada M. "Gdybym nie zrzędziła to byś mnie tak nie kochał" Wiecie co? To proste, ale jakże cudowne! Po co tracić czas na fochy, nieprzyjemne zachowanie, które często rani czy sprawia, że druga osoba się denerwuje. Przecież można odzywać się do siebie miło, nawet gdy coś nam nie pasuje. My z T. dużo rozmawiamy, jednak patrząc na swoich przyjaciół widzę, że zaniedbałam trochę formę naszej rozmowy. Mam teraz motywację by być jak oni - serdeczni i kochający względem siebie!

A. i M. pokazali nam, że można mieć dziecko i nie zmienia się nic, że to nie koniec świata. To dzięki nim zdecydowaliśmy się na dziecko. I to dzięki nim, teraz nauczyłam się jak fajnie można ze sobą rozmawiać i przebywać tak by wszystko obracać w żart czy po prostu z uśmiechem rozładowywać atmosferę. Nie traćcie czasu na fochy, kłótnie czy nie przyjemne odzywki. Pamiętajcie, że słuchają tego wasi znajomi i widzą to wasze dzieci.

A i M. dziękuję wam za te wakacje!

A.

Rodzeństwo-siostra

Ostatnio stwierdziłam, że muszę napisać tu coś bardzo osobistego. O kimś kto jest jedną z ważniejszych osób w moim życiu- mojej SIOSTRZE... K. To najlepsza siostra na świecie jaką mogłam sobie wymarzyć. Zawsze mogę na niej polegać, zawsze wesprze dobrym słowem czy radą. Gdy ma inne zadanie niż ja, nie boi się go wypowiedzieć co bardzo w niej cenię.

Nie zawsze tak było. Kiedyś strasznie darłyśmy "koty". Nie potrafiłyśmy się zbytnio dogadać a siebie traktowałyśmy raczej w kategorii wroga. Jest między Nami 5 lat różnicy co znacząco wpływało na Nasze życie, zwłaszcza w okresie dojrzewania. Jesteśmy jak ogień i woda. K. cicha, spokojna, analizująca każdy zakup po kilkanaście razy. Ja bardzo energiczna, czasem histeryczka, mówiąca co ślina mi przyniesie na język. Dzięki tym różnicom uzupełniamy się w 100%.

Teraz gdy każda z Nas jest dorosła, założyła rodzinę, dogadujemy się rewelacyjnie. Rozumiemy się bez słów a codzienne rozmowy, chociażby na komunikatorze są dla Nas naturalną koleją rzeczy. Jesteśmy bardzo ze sobą związane, nie tylko jako siostry ale jak prawdziwe przyjaciółki od serca. Możemy ponarzekać na otaczający Nas świat, pośmiać się z siebie i doradzić sobie nawzajem odnośnie wychowywania dzieci. Obie jesteśmy chrzestnymi u swoich dzieci- ja u jej maluszka a ona u Młodej. Wiem, że gdyby nam się coś stało, to K. zaopiekuje się dziewczynkami. Kocha je bardzo i zrobi dla nich wszystko. Widać to wtedy gdy na nie patrzy. Zawsze stanie po mojej stronie i tego jak je z T. wychowujemy, gdy np babcia z dziadkiem chcą im przemycić jakieś słodkości poza Naszą wiedzą. 


To że mam siostrę wiele mnie nauczyło. Dzielenia się, dojrzałości, cierpliwości i przede wszystkim tego, że gdy zabraknie Nam rodziców, to mamy siebie. Cieszę się, że moje dziewczynki mają siebie, i że gdy mnie kiedyś zabraknie będą razem. Z całego serca chciałabym by dogadywały się ze sobą, tak, jak ja dogaduje się ze swoją siostrą.  

Kocham moją siostrę. Dziękuje rodzicom, że ją mam. 

A.